czwartek, 20 lipca 2017

Eliza: Rozdział 8, część 3

Przyjrzałem się Elizie w samochodzie. Była niespokojna. Nie wiedziała jak się zachowam po powrocie do domu.  I dobrze.
            Przyspieszyłem, dodając gazu. Nie zaprotestowała, a jednak widziałem jak jej dłoń wędruje w stronę rączki nad drzwiami pasażera. Tak jakby w razie wypadku uchwyt miał jej jakoś pomóc… Wskaźnik na tablicy rozdzielczej wskazywał ponad sto kilometrów na godzinę a ja nadal przyspieszałem.
Było bardzo późno w nocy więc byliśmy jedynym autem w okolicy. Mogłem rozpędzić się więc nawet do dwustu kilometrów na godzinę lecz niosłoby to ze sobą pewne niebezpieczeństwo ze względu na dziury w drodze. A jednak, moja noga nie schodziła z gazu.
– Co robisz? – zapiszczała w końcu, nie wytrzymując napięcia. Patrzyła na mnie od dłuższego czasu.
Wzruszyłem ramionami.
– Chyba usiłuję nas zabić – odparłem szczerze niewzruszony wskaźnikiem, który przekraczał już sto pięćdziesiąt.
– Przestań! – zażądała jakby myślała, że od samego jej rozkazu zwolnię. Uśmiechnąłem się sztywno i jak gdyby na jej złość przyspieszyłem do stu osiemdziesięciu.
Samochód wpadł w jakąś dziurę, co oboje odczuliśmy niemiłym podskokiem. Eliza krzyknęła i już po chwili zaczęła płakać. W spazmach zaczęła łamiącym się głosem:
– Co robisz? Chcesz usłyszeć, że mi przykro? Tak, przykro mi!
Nie wierzyłem jej. Oczywiście, że mówiła to tylko po to abym zwolnił. Byłem tak wściekły, że nie myślałem o tym, co może się zdarzyć. W pewnym sensie chciałem abyśmy umarli. Oboje, razem.
– Przestań, słyszysz?! Przestań!
W amoku zerknąłem na deskę rozdzielczą. Dwieście. Samochód powoli przestawał mnie słuchać, wyraźnie czułem, że tracę panowanie nad pojazdem i sam na to pozwalałem.
– Więcej tego nie zrobię! – wrzasnęła akurat w momencie kiedy znów wpadliśmy w dziurę i znów podskoczyliśmy na siedzeniach. – Obiecuję! – wyłkała.
W oddali zobaczyłem jakieś zwierzę i usłyszałem krzyk Elizy. Nie naciskałem hamulca, to najgłupsze co mógłbym w tym wypadku zrobić. Wymanewrowałem tak samochodem, że udało mi się uniknąć potrącenia. Nawet nie bardzo widziałem co to było. Kot, pies, zając?
Trochę zwolniłem po tym incydencie. A może to przez obietnicę Elizy?
– Załóż opaskę – wypaliłem do niej wiedząc, że jesteśmy już blisko domu. Jakieś piętnaście minut i będziemy na miejscu.
Nie zaprotestowała, wciąż przełykając łzy ze stresu.
Dojechaliśmy już spokojnym tempem, ale ona tego już nie widziała. Mogła jedynie czuć, że prędkość się zmniejszyła, lecz stan emocjonalny zapewne przeszkadzał jej w trzeźwym kalkulowaniu sytuacji.
Gdy zatrzymałem samochód, ulżyło jej. Nie była już taka spięta, jednak, z jakiegoś powodu, zaczęła jeszcze mocniej płakać.
W domu zdjąłem Elizie opaskę, uważając żeby jej przy tym nie dotknąć. Gdy na nią patrzyłem z bliska miałem ochotę ją zabić za to, że mi dzisiaj uciekła.
Przywiązałem ją do łóżka. Tak po prostu, by pokazać jej, że to co zrobiła dzisiaj nie było fair. Dałem jej widocznie za dużo swobody i ona to wykorzystała przeciwko mnie. Nagle stała się bardzo rozmowna, kiedy akurat chciałem żeby się zamknęła.
– Musiałam spróbować – wyłkała. Szybko się uspokajała. Widocznie dobrze znane jej miejsce działało na nią kojąco. Siedziała oparta wygodnie na łóżku. Miałem ochotę wyrwać jej poduszkę, żeby nie było jej tak miękko, żeby opierała się o deski. Albo udusić ją tą poduszką, na to zasługiwała… – Przecież wiesz, że nie jestem tu ze swojej woli… – dodała, jakbym był skończonym idiotą i o tym nie wiedział.
Była zirytowana moim milczeniem. Nie obchodziło mnie to. Podszedłem do lodówki, w której znalazłem butelkę piwa. Rzadko piłem ten rodzaj alkoholu, ale po dzisiejszym dniu tego właśnie było mi trzeba.
Pociągnęła przeraźliwie nosem.
– Okłamałeś mnie. Jednak jesteśmy w Rumunii – paplała dalej.
Kiwnąłem głową. Tylko głupiec by się nie domyślił. Widziała w mieście wiele znaków i przecież słyszała język rumuński.
Otworzyłem piwo i upiłem łyk. Skrzywiłem się jakby napój był przeterminowany. Miał dziwny smak. A może to Eliza coś wsypała do środka bo chce mnie zatruć?
– Powiesz mi jakie miasto zwiedzaliśmy? – zapytała z nadzieją, że jej odpowiem. Ramieniem wytarła sobie policzki jeszcze nie tak dawno mokre od płaczu.
– Kluż-Napoka, jeśli cokolwiek ci to mówi, choć nie nazwałbym tego zwiedzaniem z twojej strony – odparłem z zarzutem.
Po raz pierwszy zamilkła. Widocznie zastanawiała się czy coś kojarzy. A ja spokojnie sączyłem swoje piwo, myśląc z kolei nad tym, że ubrania które miała dzisiaj założone, były na nią za duże.
Już miesiąc temu kupiłem jej zestaw sukienek, spodni, bluz, bluzek, bielizny i kosmetyki, które miały ułatwić jej adaptację do nowego otoczenia. Nie wszystko jednak pasowało idealnie, a na kosmetyki Eliza dostała reakcji uczuleniowej. Myślałem, że w najbliższym czasie będziemy mogli pojechać do sklepów aby wybrała to co lubi, ale po dzisiejszym dniu sam już nie wiedziałem co myśleć. Nie zanosiło się na to. Trudno, będzie więc chodzić w szmatach jeżeli nie doceniła tego, co dla niej robiłem.
– Co ty do mnie czujesz? Kochasz mnie? – zapytała nagle.
Byłem zdziwiony jej pytaniem. Tyle zachodu zadałem sobie z wywiezieniem jej z Polski, z odizolowaniem od społeczeństwa, rodziny i znajomych, potem z jej nastawieniem do nowego środowiska a dzisiaj i z poszukiwaniem, że odpowiedź powinna być dla niej oczywista. Dalej nie mogłem dojść do siebie. Bałem się, że mogłem ją stracić i już więcej nie pozwoliliby mi ją oglądać.
– Tak, ale ty chyba tego nie odwzajemniasz – odparłem, spoglądając na nią z wyrzutem. Nie speszyła się.
Mogłem wyjść z pomieszczenia zostawiając ją samą z myślami albo dalej to ciągnąć, wiedząc, że nasza rozmowa brnęłaby w kierunku, w którym Eliza by tego chciała. Eliza. Dokładnie pamiętam kiedy pierwszy raz ją zobaczyłem. Miała w oczach to samo co dzisiaj, kiedy otoczyła ją banda napalonych Rumunów. Zawsze była bardzo nieporadna i dlatego potrzebowała stałej opieki.
– Nie wyglądałeś na zaangażowanego – zaperzyła się, pociągając znów nosem. – Ani po weselu, ani po wyjeździe do Gdańska nie okazywałeś mi zainteresowania – jej twarz płonęła a oczy lśniły. Dłońmi mięła prześcieradło, na którym siedziała. – Mam uwierzyć, że mnie kochasz? Tylko przez Tomka tak ci się wydaje. A prawda jest w rzeczywistości inna, rywalizujesz z nim, to nie o mnie chodzi…
Tylko ja wiedziałem, że to nieprawda. Że słowa, które powiedziała były oszczerstwem. Że przecież poniżyłem się na tyle, że poszedłem do Tomasza po jej numer, kiedy sam go straciłem. I że to wtedy dowiedziałem się, że nam nie wyszło. Od Tomasza dowiedziałem się, że ja i Eliza to przeszłość, choć wcale tak nie było!
Jej słowa znów mnie rozwścieczyły. Wierzyła tylko w to, co chciała wierzyć.
– Napisałem do ciebie a ty nie odpisałaś – przypomniałem jej cicho choć w środku się gotowałem.
Prychnęła.
– I co, poczułeś się tak urażony, że musiałeś mnie za karę porwać?
Przecież to nie był pierwszy raz. Porwałem ją już wcześniej, do Gdańska. I wtedy jej się podobało. Nie przypuszczałem, że ten wyjazd będzie się różnił daleko od tego pierwszego. Myślałem, że sama będzie chciała tu zostać.
Podszedłem do niej. Czy tego właśnie chciała? Wolności? Złapałem ją za nadgarstki i patrząc jej w twarz zacząłem odwiązywać sznury, oplatające jej dłonie.
– Masz do mnie tyle żalu – szepnąłem. – Ale możesz to zakończyć.
Wyjąłem pistolet, który zawsze nosiłem przy sobie. Włożyłem jej go w ręce, instruując jak go użyć.
– Wystarczy, że naciśniesz – przesunąłem jej palcem po spuście, aby była pewna, że to do niej należy decyzja.
Mogła mnie zabić w tym momencie. Wystarczył jeden strzał z broni i zaraz leżałbym w kałuży własnej krwi.
– Jeżeli tego nie zrobisz – zacząłem szantażując ją. Tak bardzo chciałem przekonać się jej reakcji, że zapomniałem, że stawka toczy się o moje życie. Tak jakbym chciał aby nacisnęła spust – już nigdy nie pozwolę ci uciec. Rozumiesz, co do ciebie mówię? Rozumiesz, co to znaczy nigdy?
Była zaskoczona. W szoku, nie uczyniła żadnego ruchu. Ani mnie nie zabiła, ani nie odłożyła broni. Źrenice jej się poszerzyły a usta rozchyliła i już je nie zamknęła. Sam je zamknąłem swoimi. Jeżeli miałem zaraz zginąć, chciałem wziąć coś ostatniego z życia.


A)    Eliza wyzna Kosmie, że sama nie wie co do niego czuje;
B)    Eliza odwzajemni pocałunek, po czym zostanie w domu razem z Kosmą;
C)    Eliza odwzajemni pocałunek, po czym opuści dom za pozwoleniem Kosmy;
D)    Eliza zabije Kosmę.

środa, 5 lipca 2017

Cichy Świat: Rozdział 26

PRZEBUDZENIE


Coś się działo. Słyszałam tupot stóp oraz przytłumioną syrenę, ale dźwięki pochodziły z oddali, jakby oddzielone ode mnie niewidzialną kurtyną. Moje zmysły były przytępione – nawet nie poczułam jak ktoś się do mnie zbliżył.
– Ariana, nic ci nie jest? – usłyszałam przestraszony głos Pierre’a. Poczułam zimne palce na policzkach, kiedy chwycił moją twarz w swoje dłonie i obrócił ku sobie. Zmusiłam się do otworzenia oczu, choć byłam bardzo senna. Był blisko mnie, chyba nade mną kucał. – Coś ci dolega? Jesteś cała we krwi – wydawał się być przerażony stanem, w jakim mnie znalazł. Potoczywszy wzrokiem po moim ciele, jego twarz dziwnie zniekształciła się, kiedy odwrócił ode mnie głowę.
Patrzyłam tępo na niego, nie wiedząc co mu odpowiedzieć. Czy wyznać, że wyrwano mi serce i krwawię? Czy może powiedzieć, że się spóźnił i już nam nie pomoże. Miałam wrażenie, że i tak nie prześlę ani jednego słowa, więc nie wyrzekłam nic.
– Kiwnij głową czy mnie rozumiesz – usłyszałam komendę w swojej głowie, ale zignorowałam ją równie łatwo jakbym zbagatelizowała bzyczenie muchy... Wyjątkowo natarczywej muchy, która nie chciała zostawić mnie samą, kiedy ja o tym marzyłam. Tylko ja i Anthony aż do śmierci, tak jak mieliśmy wkrótce ślubować... Pierre mi w tym przeszkadzał, nieustannie wdzierając się do mojego umysłu.
– Jest w szoku – stwierdził brunet, podnosząc wysoko wzrok. Musiał rozmawiać z kimś, kto nad nim stał. Nie potrafiłam podnieść do góry głowy, żeby sprawdzić, kto to był; byłam taka zmęczona. Dawny Francuz spojrzał na rozdartą sukienkę i zmarszczył brwi, taksując dalej moje ciało. Nagle jego usta wykrzywiły się ze zgrozy. Podniósł moją rękę.
– Niech to szlag – przeklął, ewidentnie wyprowadzony z równowagi. Usłyszałam darcie materiału, by po chwili poczuć ucisk na swoim nadgarstku. Zrobił mi prowizoryczny opatrunek, żeby zatamować krew. Chciałam poprosić, żeby go zdjął, ale on niespodziewanie się podniósł i zniknął mi błyskawicznie z oczu. Nie byłam w stanie zerwać materiału sama, także zostawiłam go. On i tak już nic nie da, było na to za późno.
Zapatrzyłam się w dal. Las, który otaczał Lagunę nie wydawał mi się już aż tak groźny. Drzewa wyglądały smukło, dostojnie, kiedy tańczyły na wietrze poruszane przez łagodne podmuchy powietrza. Przymrużone oczy, które dostrzegłam zza krzakiem nie wywoływały u mnie dreszczy na skórze, lecz przyjemne ciepło, rozlewające się po ciele. Obserwowały mnie w skupieniu, chcąc na mnie zapolować, ale zanim zdążyły zrobić cokolwiek wrócił Pierre, zasłaniając mi widok jasnych ślepi. Klęknął na jedno kolano i spróbował pociągnąć mnie w górę.
– Chodź, jedziemy do szpitala. Samochód już czeka – wyjaśnił, podnosząc mnie niemal do pozycji stojącej. Nie przewidział jednak tego, że trzymałam mocno rękę Anthony’ego, a w momencie gdy chciał mnie rozdzielić z ukochanym uczepiłam się go jeszcze bardziej, przez co zachwiałam się z Pierrem i ledwo uniknęłam zderzenia z ziemią. Brunet szarpnął mnie ponownie do góry, ale widząc, że w dalszym ciągu nie zamierzam nigdzie z nim pójść rozkazał twardo: – Zostaw go. Jemu już nie pomożesz.
Miałam ochotę krzyknąć, że nie zostawię Anthony’ego, ale nie potrafiłam. Byłam zbyt rozkojarzona czy też otumaniona, żeby użyć funkcji telepatycznych, a głos ugrzązł mi w gardle. Dlatego nie zareagowałam, uparcie trzymając przyjaciela w żelaznym uścisku, czując się jak stara, wypchana kukła, którą można szarpać do woli, bo i tak nie zareaguje w żaden sposób.  
Chłopak ponownie mną potrząsnął, a ja znowu nie odpuściłam. Ściskałam kurczowo dłoń mojego przyjaciela, który leżał na ziemi. Był tak nienaturalnie siny...
Nie mogłam go zostawić, nie chciałam. Mieliśmy umrzeć razem…
Brunet dalej chwilę ze mną walczył, aż nie wytrzymał i zezłościł się.
– Cholera jasna. Ariana, puść go, on nie żyje! – wrzasnął w mojej głowie. Poczułam oszałamiający ból, który kiełkował w moim mózgu i z sekundy na sekundę rósł w siłę. Rzuciłam ostatni raz wzrokiem na Anthony’ego.
On nie żyje.
Nigdy nie myślałam, że będę w stanie poczuć coś takiego. Cierpienie tak wielkie, że nawet trudno je opisać, by oddać jego moc. Rozpacz, przypominająca bezdenną otchłań bez żadnej nadziei.
Zabierają mnie od ciebie – pomyślałam żałośnie, pozwalając żeby zimna dłoń mojego przyjaciela wysunęła się z mojej. Pierre chwycił mnie szybko pod ramię, jakby bał się, że zaraz się rozmyślę, a on musi się pospieszyć i skorzystać z mojej nieuwagi. Podciągnął mnie do góry, opierając niemal cały mój ciężar na sobie. Mimo jego pomocy, w dalszym ciągu nie mogłam nawet ustać. Zachwiałam się jak jakiś pijak, po czym osunęłam bezwładnie w ramiona chłopaka. Nie mogłam iść, oczy mi opadały i chyba zaczynałam tracić kontakt z rzeczywistością.
Wyczułam, że z zadziwiającą łatwością Pierre wziął mnie na swoje ręce, jakbym już nic nie ważyła i zaczął gdzieś iść. Śpieszył się.
– Przeżyjesz – usłyszałam ciche zapewnienie w głowie, zanim całkowicie odpłynęłam. – Musisz, obiecałem mu.
Tak bardzo pragnęłam zapytać: komu, Anthony’emu? Kontaktowali się? Jeśli tak, to czemu nie przyjechał wcześniej?
Niestety, nie dałam już rady.
Umierałam. Tylko tego byłam stuprocentowo pewna, ale byłam z tym też całkowicie pogodzona. W zasadzie, nie mogłam już doczekać się kresu swojego żywota. Będzie tak jak przed moimi narodzinami, zniknę, rozpłynę się. Nie będę czuć bólu, ani żalu. Wielka pustka, która teraz mi towarzyszy ustąpi miejsca nicości. A wszelkie pytania zabiorę ze sobą do grobu.

***

Zanim otworzyłam oczy usłyszałam dość, by wywnioskować, że dalej żyję. Liście drzew szumiały w oddali; ktoś musiał zostawić otwarte okno w pokoju, w którym leżałam. Jakaś osoba usiadła właśnie na krześle, które śmiesznie zazgrzytało pod jej naporem; tą osobą była pewnie moja mama.
Nie chciałam przekonywać się czy mam rację, bo nie byłam w stanie spojrzeć rodzinie w oczy. Nie mogłam opowiedzieć ciotce i wujkowi jak zginął ich syn. Nie zniosłabym tego.
Postanowiłam zatem wyszukać myślami przyczynę mojego nieszczęścia, Pierre’a, gdy zorientowałam się, że coś było nie tak. Czułam się inaczej… potężniej, jakby moje myśli mogły sięgać poza kontynenty.
I właśnie w tym momencie uświadomiłam sobie, że do państwa musiały dotrzeć akta J&J. Byłam jedynym właścicielem firmy oraz Laguny, bo Anthony nie żył. Nagle zachciało mi się wymiotować i tylko ostatkiem woli powstrzymałam się, żeby tego nie zrobić. Rodzice nie przewidzieli takiej sytuacji, nie przepisali firmy tylko mi, więc co teraz z tym zrobimy? Czy będziemy mogli cofnąć darowiznę? Ja na pewno nie będę zarządzać nią sama – muszę szybko pozbyć się tego obowiązku i skończyć tę mękę.
Chyba pierwszy raz w życiu pomyślałam o samobójstwie. Pragnęłam zabić się szybko byle tylko nie żyć w świecie, w którym nie ma Anthony’ego.
Uświadomiłam sobie, że zaciskam pięści na czymś miękkim i czuję taką żałość, że mam ochotę się rozpłakać. Wargi zadrżały mi, gdy spróbowałam pohamować swój szloch.
Otworzyłam oczy. Znajdowałam się w słabo oświetlonej sali szpitalnej. Rozejrzałam się wokół, spodziewając się zastać swoich rodziców. Nie było ich. Zamiast siedzącej na krześle mamy, napotkałam nieprzeniknione spojrzenie Pierre’a.
– Żyję – przesłałam mu jedno, krótkie słowo. Chłopak uśmiechnął się do mnie, ale jego radość nie trwała długo, bo szybko przygasła w momencie gdy usłyszał mój wyrzut. – Jakim prawem mnie uratowałeś? – zapytałam jadowitym głosem. Nie prosiłam chłopaka o pomoc, co więcej nie życzyłam jej sobie, więc miałam prawo być na niego zła.
Pierre się zmieszał. Spuścił wzrok i zacisnął szczękę, a ja prychnęłam cicho, myśląc ironicznie, że chyba nie był na tyle głupi aby liczyć na moją wdzięczność i podziękowania za ocelenie.
– Więc chciałaś się zabić? – przesłał mi pytanie, stwierdzając zapewne, że sama pocięłam się po śmierci Anthony’ego. Nie miałam zamiaru wyprowadzać go z błędu, więc patrzyłam z obojętnością na biały sufit. –  Ja wiem, że ci trudno, ale powinnaś się wziąć w garść, bo musisz się o czymś dowiedzieć – objęłam go chłodnym spojrzeniem. Chłopak właśnie drapał się po karku, jakby był zażenowany tą sytuacją. W zasadzie nie obchodziło mnie to, co ma mi do powiedzenia. Chciałam, żeby szybko wyszedł i zostawił mnie w spokoju.
Spojrzałam w kąt sali, gdzie na stoliku leżały jakieś leki. Miałam nadzieję, że są to jakieś środki nasenne, które będę mogła zażyć, kiedy Pierre opuści pokój. Oby było ich na tyle aby usnąć na zawsze.
– Streszczaj się – rzuciłam, tocząc wzrokiem po pomieszczeniu by upewnić się, że nie ma żadnych kamer i jestem sama. Oczywiście, że byłam – rodzice nie umieściliby mnie razem z innymi pacjentami, bo byłam od nich lepsza
Chłopak westchnął przeciągle i przegryzł dolną wargę. Nigdy nie widziałam żeby zachowywał się w ten sposób – jak typowy, zmieszany facet. Przypomniał mi tym czynem Anthony’ego, chociaż mój przyjaciel bardzo rzadko tak się zachowywał. Poczułam jak pojedyncza łza spływa mi po policzku, a następnie wsiąka we włosy.
– Na chwilę przed waszym dostaliśmy inne zgłoszenie – zaczął wreszcie brunet, niepewnie na mnie zerkając. – Z przyjęcia, które opuściliście. Dlatego jak głupi ruszyłem do pałacu, będąc pewnym, że tam będziesz – wyznał cicho. Zmarszczyłam brwi, mimowolnie wyczuwając, że Pierre kłamie – przecież próbowałam się z nim skontaktować a jego nie było w zasięgu.
Po chwili zastanowiłam się co mogło stać się na przyjęciu, że zawitała tam policja, ale nie miałam żadnego pomysłu, a chłopak nie kwapił się do kontynuowania, więc ostatecznie zapytałam:
– Co się tam stało? – syknęłam, zgrzytając zębami. Wolałam, żeby Pierre opowiedział mi wszystko sam, niż żebym była zmuszona dopytywać.
– Zaatakowano ich z nienacka – przesłał mi po chwili, zakładając ramiona na krzyż. Poczułam, że zasycha mi w ustach. Moje oczy spoczęły na chłopaku, niedowierzając w to, co właśnie usłyszałam. Przecież to niemożliwe aby ktokolwiek zaatakował nasze przyjęcie zaręczynowe...
– Co chcesz przez to powiedzieć? – zadałam kolejne pytanie, podnosząc się, żeby usiąść na łóżku. Co dziwne, nie wyczułam żadnego bólu z zabandażowanego nadgarstka, pewnie naszprycowano mnie lekami.
– Wyłączono prąd. Mężczyźni w kominiarkach dostali się na przyjęcie i zaczęli do wszystkich strzelać. Kiedy tam przybyliśmy było już za późno, nie mogliśmy nic zrobić, bo ich już nie było, za to wszędzie leżały trupy – Pierre westchnął przeciągle, nie spuszczając ze mnie wzroku. Otworzyłam ze zdumienia usta, ledwo rozumiejąc co do mnie mówi. 
– Co? – zdołałam jedynie wykrztusić.
– Znajdowali się tam biznesmeni z całej Ciszy, ktoś chciał się ich najwidoczniej pozbyć – ktoś? Prąd? Kominiarki? Kamal i ci trzej mężczyźni, którzy nas zaatakowali również je mieli… Zaczęłam głośniej dyszeć, jakbym przebiegła co najmniej kilka kilometrów, a na moim czole pojawił się pot.
– Moi rodzice i... – przesłałam, ale Pierre przerwał mi gwałtownie. Poczułam nagle rozchodzące się ciarki po całym moim ciele.
– Nie żyją. Tak mi przykro – powiedział ze smutkiem jednak w jego oczach zobaczyłam coś jeszcze. Być może było to współczucie, a może niechęć, że to on musi mi przekazać takie wieści. – Dziadkowie, ciotki, wujkowie, znajomi również. Zabili wszystkich, oprócz Victora. Był jedynym dzieckiem na przyjęciu. Przed rozpoczęciem strzałów ktoś musiał go uśpić i umieścić w którymś z pokojów, bo on nic nie pamięta.
– Nie… – potrząsnęłam głową w amoku, nie wierząc w to co słyszę. Zamknęłam oczy, mrużąc je usilnie, jakbym była pewna, że to mi pomoże. To jakiś koszmar, z którego zaraz się obudzę… Będę znowu tańczyć z Anthonym na przyjęciu, moi rodzice i wujostwo będą stać nieopodal nas, ciesząc się naszym szczęściem. Wyszukałam myślami najbliższych krewnych, ale napotkałam barierę, taką samą jaka towarzyszyła mojemu przyjacielowi. Pierre musiał powiedzieć mi prawdę.
To dlatego ani ja ani Anthony nie mogliśmy się z nikim stelepatować. Oni również nie żyją... – pomyślałam bliska histerii. Złapałam się za włosy, jak gdybym chciała je wyrwać, ale nie miała na to wystarczającej siły. Nie, to niemożliwe. Nie mogłam ich też stracić... – powtarzałam sobie jak mantrę, niezdolna by skupić się na czymkolwiek innym.
– I teraz masz dwa wyjścia – doleciał do mnie cichy głos Pierre’a po kilku minutach. – Albo pogrążysz się w żalu, co jest kompletnie zrozumiałe, albo zawalczysz.
Rzuciłam wzrokiem na tabletki, które leżały niemal w zasięgu mojej dłoni, a które mogłam teraz bez obaw o firmę zażyć.
– Walczyć? – zapytałam, ledwo zdolna by przesłać swoje myśli. Wyczułam zdradzieckie łzy, napływające do moich oczu. – Przecież nie mam już nikogo...
– Masz kuzyna, a to jeszcze dziecko. O niego powinnaś walczyć – odpowiedział. Spojrzałam na chłopaka z oszołomieniem. Jego oczy z pewnością mi teraz współczuły, ale nie tego teraz potrzebowałam. Nie chciałam litości, pragnęłam wyjaśnień dlaczego to wszystko tak nagle na nas spadło.
Mam Victora – pomyślałam. Poczułam mimowolne ciepło na myśl o chłopcu. Wiedziałam, że znajduje się blisko, mogłam się z nim skontaktować nawet już teraz. Obiecałam Anthony’emu, że się nim zaopiekuję – wspomniałam jego prośbę.
Trafi do domu dziecka – kontynuował Pierre ostudzając moje nadzieje – bo do osiemnastego roku formalnie nic nie ma. Chyba że... weźmiesz się szybko w garść i  wykorzystasz swoje wpływy, aby go adoptować.



Co zrobi Ariana?
A)    Otrząśnie się po stracie rodziny i postanowi adoptować Victora;
B)    Ariana postanowi popełnić samobójstwo;
C)    Inna opcja – zaproponuj ją sam.