środa, 22 listopada 2017

Cichy Świat: Rozdział 32

SEKRET BRACI


Victor, obudź się, to tylko koszmar – powiedziałam głośno, potrząsając chłopca za ramię. Przyjrzałam się jego zaciśniętym mocno powiekom, czując, że kuzyn musi cierpieć we śnie katusze. Nie mogłam na to patrzeć – przecież obiecałam sobie zapobiegać jego zmartwieniom. Złapałam go ponownie i szturchnęłam. – Victor – rzekłam tym razem głośniej, jednak ponownie nie udało mu się go wybudzić. Czułam się jakbym szarpała dmuchaną lalkę, a nie żywego chłopca... W końcu, po minucie powoli otworzył oczy. Przez chwilę patrzył na mnie zdezorientowaną miną.
            – Ty... mówisz – stwierdził wyraźnie zaskoczony, siadając na łóżku. Przetarł powieki i otworzył ze zdumienia usta. Ja również podniosłam się, by lepiej widzieć chłopca. Byłam zaskoczona tym, że nie byłam jedyną osobą w tym pokoju, która potrafiła wyrażać swoje myśli na głos i chyba było to widać.
            – Ty też, tylko jak? – zadałam mu pytanie łapiąc się za czoło i przeczesując swoje włosy ręką. – Anthony? – zapytałam, przeczuwając, że właśnie podałam sobie odpowiedź.
            – Tak – przyznał, spuszczając swoją blond-włosą czuprynę i wykrzywiając twarz, jakby nagłe wspomnienie brata zadało mu kolejny raz niewysłowiony ból.
Pokiwałam z niedowierzaniem głową. Jak to się stało, że żaden z nich mi o tym wcześniej nie powiedział? Dlaczego Anthony robił z mówienia taki sekret? Victor również zdziwił się, słysząc, że mówię, co oznaczało, że tylko jego brat wiedział, że cała nasza trójka posiadała umiejętność zakazaną przez Rząd. Chociaż ciągle próbowałam oszukać małego kuzyna, że czuję się dobrze i wszystko się ułoży, tak naprawdę było mi ciężko. Miałam tyle pytań i nikt nie mógł na nie odpowiedzieć. Zostałam z tym całkiem sama...
– Ale nie udało mu się, nie umiem dobze mówić – dopiero teraz usłyszałam, że Victor miał rację i odrobinę sepleni.
Podniosłam głowę i uśmiechnęłam się do chłopca, który nawet nie wiedział, jaką zrobił mi przyjemność nabytą zdolnością. Nie licząc José, będę miała kogoś z kim będę mogła rozmawiać, nie obawiając się żadnej infiltracji z zewnątrz.
– Podszkolimy cię, nie przejmuj się – obiecałam, nie mogąc pozbyć się lekkiego uśmiechu z twarzy. – Tylko dlaczego nic mi nie powiedziałeś, przez Anthony’ego? – zastanowiłam się na głos, marszcząc odrobinę brwi. Mieliśmy szczęście, gdyż moglibyśmy oboje mieć problem gdyby chłopiec postanowił telepatycznie wyznać mi, że umie mówić.
– Tak, powiedział, że to będzie nasz seklet, blatelska tajemnica – w oczach Victora ujrzałam łzy. – Nie mogłem go zdladzić – dodał smutno, przygryzając wargę.
Odetchnęłam mocno. W chwilach, takich jak ta, czułam, że nie dam rady. Codzienność bez Anthony’ego, rodziców oraz wujostwa zadawała cierpienie, a dalsze funkcjonowanie stało się koniecznością, do czego zmuszałam się każdego poranka. Ale nie mogłam się poddać, musiałam dalej walczyć o szczęście Victora, przed którym było jeszcze całe życie. Nie mogłam zostawić go bez prawnej opieki. 
            – Cieszę się, bo to wiele upraszcza – stwierdziłam, kładąc rękę na jego plecach. – Ja też mówiłam z nim na głos, bo wiesz... niektórych rzeczy nie powinno się mówić w myślach. Rząd śledzi nasze rozmowy, dlatego od dzisiaj, gdy będziemy sami, będziemy mówić wyłącznie na głos, dobrze? – zapytałam, wyczuwając napływające łzy do oczu. Anthony nie mógł wiedzieć, jaką zrobił mi przysługę ucząc swojego brata mówienia. – Tym razem to będzie nasza tajemnica, ale nie możesz o tym nawet wspomnieć w rozmowach przesyłanych telepatycznie, dobrze? – spojrzałam na chłopca, napotykając jego błękitne, niewinne oczy. Po chwili przytaknął głową, dając mi znać, że rozumie moją prośbę.
            – Tak, wiem, José mi wszystko wytłumaczył.
            José? – znowu on... Kiedy Victor zdążył go poznać? Musiałam mieć bardzo głupi wyraz twarzy, bo chłopiec poczuł się w obowiązku wyjaśnić, kim on jest.
            Taki kolega Anthony’ego. On też uczył mnie mówić. Anthony powiedział, że daje mu lóżne zadania do wykonania i płaci za to. José umie dużo rzeczy, ale ma tludną sytuację, bo nie ma nikogo. Tak jak my telaz – stwierdził z rozbrajającą szczerością. Nie wiedziałam co mu odpowiedzieć, dlatego rozłożyłam dłonie, aby wziąć go w objęcia. Przytulił się do mnie ochoczo, mocno oplatając mnie rękami.
Skoro José należał do Państwa Podziemnego to jasne, że umie różne rzeczy, tylko dlaczego Anthony tak mu ufał? – próbowałam to wszystko jakoś zrozumieć, bo nie mogłam zwierzyć się Victorowi i musiałam zatrzymać myśli dla siebie.
            – Mamy siebie. Najważniejsze, że potrafisz mówić. Może José będzie dalej chciał cię uczyć, zobaczymy – spekulowałam, przypominając sobie ostatnie słowa Anthony’ego by zaufać blondynowi.

***

Następnego dnia rozpoczęliśmy przeprowadzkę, która potrwała tydzień. Niestety, przewożenie całego majątku nie należy do prostych i szybkich czynności. Rzeczy rodziców, wujostwa i Anthony’ego oddaliśmy na pomoc dla potrzebujących. Był to pomysł Victora, co przyjęłam z radością i lekkim szokiem – nie podejrzewałam chłopca o taką hojność względem innych ludzi; brałam go chyba za większego egoistę niż był nim istotnie.
W weekend przywiozłam dziadka Halszki do willi, z którym się niestety pogorszyło. Tak jakby wraz ze świadomością tego, że jego wnuczka nie żyje, uleciała z niego wszelka ochota do własnego życia. Powiedział, że teraz ma tylko mnie, ale długo tak nie pociągnie, przez co zaniosłam się płaczem jak tylko opuściłam jego pokój. Nie wytrzymałam chyba tego, że mogłaby mnie zostawić kolejna bliska mi osoba.
Nagle spadła na mnie cała odpowiedzialność i stałam się jedynym opiekunem Victora i dziadka, co nie polepszało mojego samopoczucia. Czasami myślałam, że mam depresję, ale przecież nie zmuszałabym się do wstania z łóżka codziennie rano, gdyby tak właśnie było. A ja ciągle musiałam coś robić – podać dziadkowi leki, o których nie mogłam zapomnieć, a to ugotować obiad, który wychodził mi fatalnie bo nie miałam w tym wprawy, a to nakarmić zwierzęta, bądź posprzątać rezydencje czy rozpakować rzeczy z kartonów. Choć były to normalne czynności, bezustannie powracałam do momentu śmierci Anthony’ego, przez co łapałam się, że zamiast pracować, patrzę tępo w jeden punkt od kilkunastu minut i marzę o śmierci...
W ciągu dwóch tygodni stanęłam na czele naszego domu i olbrzymiej firmy, do której nie zawitałam jeszcze ani razu. Nie miałam do tego głowy, ale wiedziałam, że wkrótce muszę przestać zaniedbywać J&J. Skończyłam ledwie osiemnaście lat i w tak krótkim okresie czasu moje życie zmieniło się diametralnie, wywróciło do góry nogami. Zawsze miałam kogoś, kto podejmował za mnie decyzje. Teraz to ja musiałam przejąć kontrolę nad wszystkim, a to było dla mnie zdecydowanie za wiele.
Pani Helena z Saszą postanowiły zatrudnić się gdzieś indziej po śmierci swoich pracodawców, więc nie przeniosły się ze mną i Victorem do nowej rezydencji. Jedynie Zbyszek, który wpadł w rozpacz gdy oznajmiłam mu, że muszę go zwolnić, wybłagał mnie żebym go nie odsyłała, bo nie ma innego domu. Wyznałam mu więc, że w nowej rezydencji będą obowiązywać inne zasady, na co wpadłam w dniu, kiedy dowiedziałam się, że mój kuzyn umie mówić. Uznałam wtedy, że moi pracownicy będą mówić na głos, bo nie pozwolę na infiltrację Rządu. Na szczęście, jak się okazało mój ogrodnik umiał komunikować się w ten sposób, bo wychował się w biednej dzielnicy, gdzie nikt nie przejmował się telepatią. Przypomniało mi to o Leticii, którą postanowiłam wkrótce odwiedzić.
Zbyszek był dobrym ogrodnikiem, a Victor go lubił, więc postanowiłam dać temu szansę. Co prawda, w nowej rezydencji kazałam zamontować monitoring i zatrudniłam w ogrodzie dwóch ochroniarzy, których nie znałam, ale z czasem miałam nadzieję wymienić ich na zaufanych ludzi. Dzięki temu, że miałam przy sobie Zbyszka czułam się bezpieczniej, zawsze to lepiej po takich przejściach jak nasza tragedia, kolejny mężczyzna w domu. Postanowiłam mu jedynie pewien warunek – miał przestać nazywać mnie panienką. Byłam Arianą i tak chciałam, żeby się do mnie zwracał. W willi zamieszkaliśmy zatem we czwórkę: ja, Victor, dziadek oraz pan Zbyszek. Pod naszym dachem znalazły się również dwa psy, Chester i Fikus, oraz mój króliczek, Tusia. Niestety nigdzie nie mogłam w dalszym ciągu znaleźć Płomyka, dlatego z żalem musiałam go opuścić. Mimo to miałam nadzieję, że da sobie radę beze mnie i jest całkiem zadowolony ze swojego życia poza laboratorium.


Czy Płomyk pojawi się jeszcze kiedyś w opowiadaniu?
A)    Tak, zamieszka znowu z Arianą;
B)    Nie, nie pojawi się już NIGDY;
C)    Ariana tylko o nim usłyszy.

czwartek, 9 listopada 2017

Eliza: Rozdział 10, część 1

SERBIA


Zwiedziliśmy zamek całkiem szybko. Na szczęście tak się tym zaaferowałam, że chyba zapomniałam o bolącym mnie brzuchu, dzięki czemu nie zwijałam się przy chodzeniu i mogłam skupić się na pięknie tego miejsca. Było co oglądać: twierdza była rezydencją królewską i przykładem gotyckiej architektury. Szczególnie spodobała mi się Sala Rycerska, znajdująca się w skrzydle północnym pałacu.
Przystanęliśmy na dziedzińcu koło studni rozprawiając o legendzie. Podobno wykopali ją tureccy więźniowie, którzy nie doczekali się uwolnienia pomimo takiej obietnicy po wykopaniu ujęcia wody podziemnej. Wyryli więc w studni napis, który wedle legendy brzmi: „Macie wodę, ale nie macie serca”.
Widziałam wyraźnie jak bardzo Kosmie zależało na tym, aby niespodzianka trafiła mi do gustu. Nic nie mówił, ale przyglądał mi się badawczo, dlatego w pewnym momencie nie wytrzymałam i przy studni wybełkotałam:
– Przestań, to zaczyna być irytujące – choć nie do końca było to moim zamierzeniem, chyba uraziłam go moim małym wybuchem.
Najpierw otworzył usta, ale zaraz je zamknął zaskoczony dlaczego na niego warknęłam. Spróbowałam więc z drugiej strony.
– Przecież widzę, że się starasz, ale jak tak ma wyglądać wyjazd do Serbii to wolę zawrócić.
Dalej nic nie rozumiał.
– Nie podoba ci się tutaj? – próbował wybadać moje odczucia, ale im bardziej naruszał moją przestrzeń i emocje, które mną targały, tym silniej odgradzałam się od niego barierą.
– To nie to – powiedziałam, załamana. – To bez sensu, ja nie jestem na wakacjach. Nie muszę zwiedzać zamku… To znaczy, oczywiście jest piękny, tyle że… – westchnęłam. Sama słyszałam, że plotłam głupoty.
Kosma złapał moje ręce w swoje. Odruchowo je wyrwałam, ale kiedy jeszcze raz powtórzył czynność, zrozumiałam, że złapie je tyle razy, ile razy je od niego zabiorę. Czułam się fatalnie. Odkąd ustaliliśmy nowe reguły ani razu nie pomyślałam o Tomku, za to ciągle myślałam o swoim porywaczu. Nawet nie wiem kiedy zaczęłam się do niego przywiązywać, ale wiedziałam, że jestem pod wpływem kontrolowanego syndromu sztokholmskiego. Kontrolowanego, bo zdawałam sobie sprawę z jego istnienia, choć nijak nie mogłam temu zapobiec.
– Co się dzieje? – zapytał łagodnie. Biła od niego szczerość, naprawdę był ciekaw moich nagłych zmian nastroju.
– Nic – skłamałam. – Po prostu już jedźmy.
– Do Belgradu? – podniósł brew, nawiązując do mojej wcześniejszej wypowiedzi. – Czy wracamy do domu?
Mogłam powiedzieć, żebyśmy potraktowali ten dzień jak wycieczkę, a potem zawrócili. Mogłam znowu zrobić z siebie niewolnicę i męczennicę, zostając w domu w lesie, jednak tego nie chciałam. W głębi ducha naprawdę marzyłam aby pojechać dalej.
– Może być Belgrad – mruknęłam, lekko się uśmiechając. Akurat puścił moje ręce, gdy usłyszałam swoje imię.
– Eliza?! – z oddali ktoś machał w moją stronę.
Przymrużyłam oczy, po czym cała ścierpłam. Jakieś dwieście metrów ode mnie stała Magda, moja dawna koleżanka z klasy w liceum.
Zmaterializowała się koło mnie w zaledwie kilku sekundach, trajkocząc.
– Jaaa, prawie cię nie poznałam... Co za spotkanie, co ty tu robisz?
Zamiast mnie odezwał się Kosma. Nie zrozumiałam co powiedział, bo było to w obcym mi języku, po czym zanim zdążyłam coś od siebie dodać, wziął mnie za rękę i odciągnął od Magdy. Kątem ust szepnął abym się nie odwracała gdy szliśmy przed siebie, oddalając się od mojej koleżanki.
Był to drugi raz w Rumunii gdy mogłam swobodnie krzyknąć na Kosmę porywacz i drugi raz zmarnowałam taką okazję. Ale przecież mu obiecałam, przecież nie mogłam pozwolić aby go wwieźli do kraju z kajdankami na rękach. Po miesiącu każdy z nas odejdzie w swoją stronę.
Oby…


Co będzie dalej?
A)    Serbia spodoba się Elizie;
B)    Serbia nie spodoba się Elizie;
C)    Eliza zadzwoni do rodziny;
D)    Eliza zadzwoni do Tomka;
E)     Kosma pocałuje Elizę.

niedziela, 29 października 2017

Cichy Świat: Rozdział 31

DALSZE LOSY


Od tego czasu minęło równo sześć dni. Leżałam na łóżku z Victorem w mojej rodzinnej rezydencji. Chłopiec spał przytulony do mnie, z głową wciśniętą pod moją szyję. Był zmęczony po całym dniu nieprzyjemności, jakim był pogrzeb. Cały poranek witaliśmy ludzi, których nie znaliśmy, a którzy przyjechali pożegnać naszą rodzinę. Jedyną osobą, którą dobrze pamiętałam była moja ciotka – daleka kuzynka mojej mamy, bardzo irytująca kobieta. Nieustannie coś jadła jakby chciała napchać się na zapas, nie zachowując przy tym ani krzty przyzwoitości. „Biedne dziecko, nie ma już nikogo”, stwierdziła na widok Victora, który kiedy to usłyszał wybuchnął głośnym płaczem i uciekł by schować się do szafy. Uspokajanie go zajęło mi ponad godzinę, bo chłopiec był tak rozgorączkowany, że nie dochodziły do niego moje słowa, zapewniające go, że postępowanie adopcyjne jest już w toku, co było prawdą. Prawnicy zawiadomili mnie, że przyznanie opieki nad chłopcem to tylko formalność, gdyż odczytano testament rodziców Victora, w którym była zawarta informacja o losie dziecka. Na wypadek śmierci wujka Jadrana i cioci Claire opiekę nad ich synem przejmują Anthony i ja, Ariana. Podobno kilka dni przed tragedią dopisali moje nazwisko, będąc przekonanym, że wkrótce stanę się pełnoprawnym członkiem ich rodziny. To wszystko uprościło.
Pogrzeb odbył się bez żadnych niespodzianek. Zorganizowałam jedną uroczystość dla wszystkich – narzeczonego, rodziców, dziadków, wujostwa, kuzynostwa, jak również tych, po których ciała nie zgłosił się nikt z dalszej rodziny. Wyglądało to upiornie, niemal pięćdziesiąt urn zasypywanych w naszym rodzinnym grobowcu w otoczeniu ochroniarzy, których wynajęłam aby uroczystość przebiegła spokojnie.
Spojrzałam na pogrążonego we śnie chłopca. Jedenastolatek wyglądał bardzo niewinnie, tylko czasem jego ciało wykonywało jakieś niekontrolowane ruchy, jakby coś go przestraszyło. Miał jeszcze dziecięcą buzię, ale ja już teraz mogłam dostrzec podobieństwo Victora do zmarłego brata, bo rysy jego twarzy były łudząco bliźniacze do Anthony’ego.
Westchnęłam ciężko, gdy przypomniałam sobie rozmowę z chłopcem. Powiedział, że chce przenieść się bliżej stolicy, przynajmniej dwadzieścia kilometrów z dala od pałacu, miejsca, w którym zginęli nasi rodzice i najważniejsi biznesmeni Ciszy. Zgodziłam się, gdyż nie wyobrażałam sobie dalej mieszkać w naszych willach rodzinnych, domach dziadków bądź pałacu, który kojarzył mi się wyłącznie z prezentem ślubnym rodziców. Miałam być tam szczęśliwą żoną i wiedziałam, że gdyby nie Kamal tak właśnie by było. Dlatego po namowie Victora postanowiłam wszystko sprzedać i przeprowadzić się do nabytej we wtorek ogromnej willi, znajdującej się bliżej firmy J&J, lecz usytuowanej na północy, na przedmieściach stolicy, siedemdziesiąt kilometrów stąd. Liczyłam na to, że przeprowadzka dobrze wpłynie na Victora. Jedenastolatek wyznał mi, że tamtego dnia nic nie widział ani nie słyszał. Kiedy policjanci wydostali go z pomieszczenia, w którym ukrył go jeden z napastników, zabrali go od razu do szpitala. Chociaż to jedno zrobili dobrze...
W nowym miejscu zamieszkania nie widziałam jednak miejsca dla Sashy, pani Heleny oraz Zbyszka, dlatego musiałam znaleźć nową pomoc. Tylko jak tego dokonać by uzyskać lojalnych pracowników, którzy będą opiekowali się pałacem oraz naszymi zwierzakami? Ponadto, do pałacu postanowiłam sprowadzić dziadka Halszki, który również wymagał nieustannej troski. Nie mogłam znieść myśli, że mogłabym go zostawić w potrzebie, skoro jego wnuczki zabrakło. W dalszym ciągu bałam się samotności, a moje stany lękowe po tragedii jeszcze się nasiliły, dlatego zadecydowałam, że po pałacu musi kręcić się sporo osób, w tym dzieci, by Victor nie był skazany na towarzystwo samych dorosłych. Nie miałam jednak bladego pojęcia, co zrobić, by stworzyć chłopcu nową, dużą rodzinę, która choć w minimalnym stopniu zastąpi mu prawdziwych krewnych.
Bywały momenty, kiedy chciałam zrezygnować z przyrzeczenia danemu Anthony’emu i myślałam o samobójstwie. Jak wiele razy w ciągu dnia sobie to wyobrażałam, pewnie nie zdołałabym zliczyć. Cierpiałam samym faktem, że żyję, że nie ochroniłam najbliższych – oni zginęli, gdy ja wyszłam z tego cało. Drżałam jednak na samą myśl, co zrobiłby Victorowi Kamal kiedy dowiedziałby się, że nie udało mu się mnie zgładzić. Czy zakatowałby go tak jak zrobił to z Anthonym tylko po to, żebym znowu musiała na to patrzeć? To pytanie nie dawało mi spokoju w nocy, kiedy płakałam cicho w poduszkę niezdolna by zasnąć. Złapałam się kilka razy na tym, że planowałam samobójstwo nie tylko swoje, ale i niewinnego dziecka. Chciałam podać najpierw Victorowi, a potem sobie truciznę, która zabiłaby szybko nas oboje...
Byłam zagubiona. Żyłam w innym świecie niż znałam i byłam w nim zupełnie sama. Czasem czułam obezwładniający mnie ból, który malał, ale nigdy nie przechodził.
Tyle rzeczy miałam do załatwiania. Nie pomogłam jeszcze w żaden sposób Leticii, a chciałam jej wkrótce złożyć ofertę związaną z Laguną, która była obecnie zamknięta. Ja nie potrafiłam się nawet zbliżyć do tego klubu, bowiem kojarzyło mi się wyłącznie z miejscem śmierci przyjaciela, więc pomyślałam, że przepiszę dyskotekę Leticii. Dziewczyna stałaby się jej prawną właścicielką, kiedy ukończy pełnoletniość. Do tego czasu chciałam, żeby została jej managerką, bo podobno tak to można było zapisać w papierach.
Tak postanowiłam po dłuższych rozmyślaniach. Na początku chciałam przepisać dyskotekę Victorowi, ale on nie chciał klubu gdy usłyszał, że na jego terenie zginął Anthony. Przypomniałam sobie wtedy o byłej dziewczynie mojego przyjaciela, która chciała podjąć pracę w klubie. Mogłaby zrobić z Laguną, co tylko chciała, nawet ją sprzedać – nie dbałam o to. Tym samym pomogłabym Leticii rozwiązać problemy materialne i spełniła wolę przyjaciela. A mi zostałaby tylko firma do dysponowania, co było i tak dla mnie nie lada nowością. 
Przypomniałam sobie słowa José, które padły trzy dni temu z jego ust, kiedy dał mi już adres pod który miałam się udać, aby zobaczyć się z kimś z Państwa Podziemnego. Wyrzucił mi, że cokolwiek zrobię to i tak nic nie zdziałam bo zarówno nasze państwo jak i Państwo Podziemne to takie samo bagno. Miał całkowitą rację, ale nie powiedziałam mu tego. Byłam mu wdzięczna za kontakt, ale na tym nasze drogi się rozchodziły. Nie musząc dalej udawać uprzejmość i prosić się o kontakt, który trzymałam już w ręku odpowiedziałam mu zatem z pogardą, że zrobię cokolwiek bo nie mam zamiaru ukrywać się jak on. Choć jeszcze nie wiedziałam w jakim stopniu J&J uczestniczy w polityce kraju, wiedziałam, że nie dopuszczę aby rodzinna firma była kontrolowana zarówno przez Rząd czy też Państwo Podziemne. Blondyn był niezadowolony, ale nic nie odpowiedział tylko pogonił mnie do wyjścia.
            Po spotkaniu z José pojechałam na umówione spotkanie, które odbyło się na ławce w parku tego samego dnia. Organizacja musiała wcześniej dowiedzieć się, że nie ma tam monitoringu, bo mówiliśmy na głos. A w zasadzie szeptaliśmy, w obawie, że ktoś może nas zobaczyć łamiących prawo bądź podsłuchać, bo od czasu do czasu przechodził koło nas jakiś człowiek.
– Cieszymy się, że sama się do nas zgłosiłaś – wymamrotał brązowooki mężczyzna w szarym płaszczu, który usiadł koło mnie. Wiekiem wyglądał na kogoś, zbliżającego się do trzydziestki. Wyciągnął gazetę i rozłożył ją przed sobą, zasłaniając się tym samym przed widokiem wścibskich przechodniów.
– Zmusiliście mnie do tego – zaczęłam obojętnym tonem. Mężczyzna nie wydawał się być zdziwiony faktem, że umiem mówić. Poczekałam aż pewna elegancka kobieta z psem oddali się od nas i szeptałam dalej. – Chciałam sama z wami współpracować, ja z moim narzeczonym, bo nie popieramy Ciszy, ale wy go zabiliście – stwierdziłam z pretensją. Okrągłe okulary obsunęły się na nos mężczyzny, ale zaraz poprawił je jednym palcem.
– Zabiliśmy również twoich rodziców i z tym nie masz problemu? – zapytał mężczyzna, przewracając kartkę, jak gdyby rzeczywiście czytał magazyn. Jego oczy były jednak nieruchome, utkwione w jeden punkt.
– Nie. Rozumiem, że było to… konieczne, dla zmian – skłamałam gładko, równocześnie się dziwiąc, że wysłannik PP od razu przyznał się, że to organizacja jest odpowiedzialna za śmierć mojej rodziny. – Ale Anthony był przeciwnikiem państwa i powinniście się byli o tym dowiedzieć – wyrzuciłam, zgrzytając ze złości zębami. Wolałam nie zatajać faktu, że śmierć mojego niedoszłego męża zabolała mnie – było to widać gołym okiem ilekroć wspominałam przyjaciela, zatem oszustwo wykrytoby zdumiewająco szybko. A ja chciałam aby członkowie PP myśleli, że powiedziałam wszystko, co mnie gryzie. Dlatego by wypaść jak najbardziej przekonywująco, mówiłam częściowo prawdę.
– Wiedzieliśmy o tym – oznajmił cicho mężczyzna. Skonsternowana zmarszczyłam brwi, spoglądając pytająco na mężczyznę, siedzącego po lewej stronie. – Jego śmierć nie była w planach. Mieliście przeżyć, zarówno ty, twój narzeczony, jak i mały chłopiec – wyjaśnił, zapewne mając na myśli Victora.
Zagryzłam wargę w zadumie. Właśnie przyznał, że uratowali mojego kuzyna, tylko po co? Czy oznacza to, że Kamal działał bez wiedzy PP? – Stare ustępuje miejsca nowemu – wyszeptał nieznajomy na koniec, przenosząc wzrok w górę jakby to tam dostrzegł końcowy cytat. Zmarszczyłam z rozdrażnieniem brwi.
            – To dlaczego Kamal… – zaczęłam, ale młodzieniec mi momentalnie przerwał.
– Wiesz, że to był on? – zadał mi niespodziewanie pytanie, zezując na mnie szerokimi ze zdziwienia oczami.
– Wiem, ujawnił mi się – burknęłam zdegustowana. Oparłam się o ławkę, w momencie gdy zjawiło się w pobliżu trzech chłopców. Szli powoli, co chwila podnosząc coś z ziemi, przez co miałam czas do namysłu.
Teraz kiedy wiedziałam, że Kamal zabił Anthony’ego z własnej woli, bez udziału PP, poczułam do niego jeszcze większą odrazę. Byłam pewna, że Halszkę również zlikwidował bo miał taki kaprys... Nie mogłam więc pozwolić, żeby ten okropny człowiek, który zabijał bez jakichkolwiek konsekwencji, cieszył się dalej swoim plugawym życiem.
– Nie wiedziałem o tym – odrzekł brązowooki wysłannik organizacji, gdy chłopcy odeszli już od nas na bezpieczną odległość.
A gdybym postawiła Państwu Podziemnemu warunek? Moja przynależność i „lojalność” w zamian za śmierć Kamala? – zastanowiłam się, uznając, że to nie jest głupi pomysł. Mężczyzna musiał podpaść PP, przez co ja zyskałam szansę na pertraktacje. 
            – On mnie również próbował zabić, ale uratowali mnie policjanci, więc jakoś przeżyłam – zaczęłam, dobierając uważnie słowa. – Obawiam się, że dopóki on żyje, nie będę w pełni bezpieczna.
Postanowiłam na razie nie wspominać o kolegach Kamala, jako że nawet nie znałam ich imion, lecz nie oznaczało to, że o nich zapomniałam. Planowałam zemścić się na każdym członku PP, krok po kroku, ale żeby tego dokonać musiałam najpierw znaleźć się w jego szeregach. Mężczyzna spojrzał na mnie z uwagą i skinął głową, żebym kontynuowała dalej.
– Chcę go zabić – wyjawiłam szczerze swoje życzenie. – Zrobię to sama, nie musicie się o nic martwić, bo nikt nie będzie mnie podejrzewał. Ale musicie o tym wiedzieć i wyrazić na to zgodę. W przeciwnym razie, nici ze współpracy – oznajmiłam twardo, mając nadzieję, że mężczyzna potraktuje mnie poważnie.
Na kilka sekund, które trwały dla mnie nad wyraz długo, zapadła cisza. Jakieś pięć metrów ode mnie na rozłożystym dębie zasiadł krępy ptaszek. Nastroszył piórka i zaczął je czyścić, odbywając popołudniową toaletę.
            – Muszę porozmawiać z przełożonymi – odrzekł cicho mężczyzna z dziwnym błyskiem w oczach. – Przyznaję, że jest on… niewygodny i odstawił samowolkę, ale ma z kolei dojścia w policji – powiedział niewyraźnie, ledwie przy tym ruszając ustami. Milczałam twardo, aby nie sądził, że rzucam słów na wiatr. Żeby ze mną współpracować, będą musieli iść na kompromis. – Zobaczę, co da się zrobić. Przyjdź tutaj dokładnie za tydzień o tej samej porze – powiedział finalnie, składając powoli gazetę.
            – Dobrze – oznajmiłam szorstko. Ptaszek sfrunął na ziemię w poszukiwaniu jedzenia. Orał swoim mocnym dziobem w trawie, jakby był pewien, że znajdzie w niej jakieś larwy. Dopiero teraz odnotowałam, że był to zwykły wróbel.
– Na razie nie musisz się obawiać o swoje bezpieczeństwo. Kamal jest tymczasowo… niegroźny – stwierdził mężczyzna z igrającym uśmieszkiem na twarzy. – Do zobaczenia – rzucił na pożegnanie, zanim wstał z ławki i odszedł wąską alejką w głąb parku.
Pamiętam jaki odczułam spokój, gdy usłyszałam, że PP tymczasowo zajęło się Kamalem i rozważą moje warunki. Wytchnienie, którego nie zaznałam od przyjęcia zaręczynowego było cudowne. Wiedziałam, że nie będzie trwało ono długo, ale uspokoiłam się wewnętrznie na kilka dni. Przynajmniej nie musiałam obawiać się Państwa Podziemnego na pogrzebie, chociaż i tak wprowadziłam dodatkową ochronę by komuś znowu nie przyszło do głowy zabijać kolejnych biznesmenów Ciszy.
Spojrzałam na Victora, na którego czole pojawiły się krople potu. Najwidoczniej chłopcu śnił się jakiś koszmar. Chwyciłam go za rękę i potrząsnęłam delikatnie, aby się obudził.
– Victor – przesłałam mu, odgarniając jego mokre włosy z czoła. Położyłam dłoń na jego ramieniu, kiedy nagle zamarłam.
– Nie – usłyszałam przytłumione mamrotanie. – Tylko nie jego – wybełkotał nieprzytomnie, rzucając głową na boki. Serce zabiło mi mocniej, gdyż chłopiec mówił na głos.

                 
            Co odkryje Ariana?
A)    Victor mówi przez sen;
B)    Anthony próbował nauczyć Victora mówić, ale chłopiec sepleni;
C)    Anthony nauczył mówić Victora.