niedziela, 8 kwietnia 2018

Cichy Świat: Rozdział 36

POZORY


Dlaczego? – zapytał Victor, kiedy powiedziałam mu o tym, że jutro wprowadzą się do nas nowi mieszkańcy rezydencji.
Był wieczór. Siedzieliśmy w ogrodzie na hamaku osłoniętym białym baldachimem, który skutecznie chronił nas przed sierpniowym deszczem. Małe krople lecące z nieba głośno obijały się o obudowę i rozpryskiwały szybko spadając na ziemię.
– Bo musimy mieć osoby, które pomogą nam w prowadzeniu tego domu – odpowiedziałam znużona tym, że musimy prowadzić tę rozmowę.
Odkąd stałam się jego opiekunką próbowałam jak najlepiej wypełniać swoje obowiązki, jednak często odczuwałam beznadziejność swojej sytuacji. Miałam być jego matką, ojcem i bratem w jednym, nie mając żadnego doświadczenia. Ledwo zaczęłam się przystosowywać po operacji oczu do tego świata, kiedy znów się on zmienił.
– Czy to są nowi służący? – Victor zgarbił się i podparł swój podbródek ręką. Na jego młodej twarzy wymalowała się niechęć, lecz oczy pozostały puste jakbyśmy rozmawiali o czymś zupełnie nieistotnym. Kiedyś mogłam się domyśleć o czym myślał, dziś mogłam tylko zgadywać, bo był mi niemal obcy.
Wydoroślał – zadumałam się na moment, wnioskując, że nie tylko mnie zmieniła niedawna tragedia. Za szybko skończyło się jego dzieciństwo – wyrzuciłam sobie gorzko.
– Nie chciałabym żebyś myślał o nich w takiej kategorii. Chciałabym, żebyś się z nimi zaprzyjaźnił – odrzekłam nieśmiało, bojąc się, że proszę go o zbyt wiele. – Oni potrzebowali pomocy, więc chciałam ich wspomóc, tak jak to robił Anthony, pamiętasz? – zadałam mu pytanie wiedząc, że zmarły brat na zawsze pozostanie dla chłopca autorytetem, co prawdopodobnie nakłoni go do zmiany nastawienia względem naszych nowych pracowników.
Manipulujesz nawet dzieckiem… – usłyszałam krytyczny głos w swojej głowie.
Zapatrzyłam się przed siebie zauważając, że daleko przed nami zaczynają skrzyć się już gwiazdy. Było bardzo późno w nocy i Victor powinien już dawno spać. Uparł się jednak żeby ze mną posiedzieć w ogrodzie, choć oboje nie byliśmy skorzy do rozmowy.
Wkrótce muszę zacząć chodzić do firmy – pomyślałam czując dreszcze na samą myśl, że zostałam prezesem J&J, a nie wiedziałam jak nią zarządzać. Gdyby chociaż był trochę starszy... – przeszło mi przez myśl kiedy zerknęłam bokiem na Victora, nie bardzo wiedząc czy chciałam aby ze mną pracował czy też zupełnie mnie odciążył.
– Tak – chłopiec pokiwał głową na potwierdzenie. – Niech będzie. To dobly pomysł – stwierdził po chwili namysłu, zasmucając się na wzmiankę o bracie.
Niepotrzebnie o nim wspominałam – wyrzuciłam sobie widząc posepną minę kuzyna.
– A czy ja też mógłbym splowadzić tu przyjaciela? – zapytał po chwili kiedy nagle błysnęły jego niebieskie oczy.
Victor odepchnął się nogami od miękkiej trawy przez co hamak zatrzeszczał pod naszym ciężarem i zaczął nami lekko bujać.
– A co to za przyjaciel? Jest bezdomny? – zapytałam ze zdziwieniem, zastanawiając się czy poznałam któregokolwiek z jego znajomych. Prawdopodobnie nie. To dziwne, ale przez całe jego życie nie widziałam go z żadnym kolegą bądź koleżanką, co teraz wydało mi się dziwne.
– Tak jakby – odburknął niewyraźnie lekko się przy tym rumieniąc.
– To dziewczynka? – zadałam kolejne pytanie, źle odczytując jego reakcje, bo zaraz zaprzeczył.
– Nie.
Skrzywiłam się na myśl, że będę mieć kolejne dziecko na głowie.
– No więc... jeśli nie ma rodziny... pewnie tak, choć najpierw wolałabym go poznać – stwierdziłam wbrew swoim myślom. Podniosłam się z hamaka i wystawiłam rękę by upewnić się, że przestaje padać.
  Chodź spać, odprowadzę cię do pokoju – powiedziałam wychodząc z ukrycia i ruszyłam przed siebie w stronę rezydencji. Nawet się nie obejrzałam; wiedziałam, że chłopiec mnie posłucha i się nie pomyliłam. Usłyszałam zgrzyt i już po chwili Victor podskoczył do mnie łapiąc za rękę.
Usypianie kuzyna stało się naszą rutyną. Szłam z nim do jego pokoju i leżałam tam do czasu aż zaśnie. Następnie zaczynała się moja rutyna. Wymykałam się po cichu do siebie, zamykałam się na klucz i siedziałam otępiale w ciemności. Czasem płakałam rozpamiętując niedawne wydarzenia. Bojąc się koszmarów niewiele sypiałam.
Dziś musiałam jednak uprasować sobie strój na jutro by przywitać nowych lokatorów, więc nie mogłam oddać się swojemu nocnemu rytuałowi. Otworzyłam więc szafę i przeleciałam wzrokiem wszystkie eleganckie bluzki jakie miałam. Chwyciłam pierwszą koszulę z brzegu i już miałam zamykać drzwi, kiedy coś przykuło moją uwagę. Wielki biały pokrowiec leżał rozłożony na dnie szafy, jak gdyby domagając się o chwilę uwagi.
Pochyliłam się by przejechać ręką po śliskim materiale. Był delikatny, tak samo jak strój w nim ukryty. Chwyciłam suwak i rozsunęłam pospiesznie zamek wiedząc już co za chwilę ujrzę.
Moja suknia ślubna – powiedziałam do siebie w myślach czując dziwne kucie w sercu.
Była tak piękna, tak precyzyjnie do mnie dobrana przez mamę i ciocię. Podniosłam ją i chwyciłam mocno w ramiona jakby była moim dzieckiem i nie mogłam jej upuścić. Poczułam jej zapach wdychając go mocno – ciągle waniliowa, świeża woń. Ostatni raz miałam ją na sobie w przeddzień przyjęcia zaręczynowego. Byliśmy wtedy wszyscy szczęśliwi, mama, tata, ciocia, wujek, Victor. Byliśmy razem w jednym pokoju, ale po chwili wszyscy mnie zostawili a pojawił się Pierre. Zostałam sama, z nim...
Miałam sen o tym – pomyślałam nagle, wbijając tępo wzrok w klatkę mojego baranka, Tusi. Koszmar proroczy jak się okazuje... W dzień kiedy dowiedziałam się, że Halszka została porwana. Śniło mi się, że wszyscy mnie zostawili, został ze mną tylko jeden żołnierz. Ale czy to mógł być Pierre? A może to był Victor, bo to dzięki niemu zmuszam się do funkcjonowania dalej...
Jęknęłam na to wspomnienie, mnąc w dłoni suknię. Czy sny rzeczywiście mogą ukazać nam przyszłość? Czy dzięki ich prawidłowej interpretacji możemy zmienić nasze losy? A jeśli odpowiedź na te pytania jest twierdząca, to czy nie oznacza to, że mogłam przewidzieć co się stanie?
Usłyszałam szelest w swojej dłoni i dopiero wtedy zreflektowałam się, że za mocno ściskam swoją kreację, która była zjawiskowa. Z resztą wszystko co dostałam od rodziny takie było. Mój pierścień zaręczynowy, który dalej nosiłam na palcu, a dokładniej jego szlachetny kamień mienił się diamentowym połyskiem. Nie mogłam się przemóc aby go zdjąć nierracjonalnie wyrzucając sobie, że gdy to zrobię wyrzucę etap zaręczyn... wyrzucę Anthony’ego ze swojego życia.
Przypomniałam sobie moment, kiedy mój przyjaciel uklęknął przede mną ślubując:
Obiecuję, że będę dbał, troszczył się o ciebie i nie pozwolę, aby cię ktokolwiek skrzywdził – powiedział wtedy uroczyście. Pamiętałam jego słowa jakby to było wczoraj, ciągle słyszałam je jak do mnie mówi... Z wolna usiadłam na podłodze bojąc się, że się przewrócę, bo nagle zakręciło mi się w głowie. Anthony zrobił jak obiecał. Ochronił mnie przed Kamalem i ściągnął na siebie jego gniew. Przycisnęłam dłoń do ust, cicho zawodząc.
Dzień w dzień wyrzucałam sobie, że mogłam go ostrzec, że na zewnątrz czekają ci kryminaliści. Niestety, nie przesłałam mu tego, przez co on zjawił się chroniąc mnie, lecz bez żadnej broni w ręku.
– To moja wina... – stwierdziłam znowu, łapiąc się za głowę. Wiedziałam, że strata rodziców była ciężka, gdyż nastąpiła za wcześnie, długo za wcześnie, lecz nie przeżyłam tego tak mocno jak rozłąki z przyjacielem. W głębi duszy siedziała we mnie myśl, że jest to jednak naturalna kolej rzeczy, kiedyś musiało się to stać. Wiedziałam, że zginęli tragicznie, zostali zamordowani, co tylko potęgowało moją żądzę zemsty. Nie miałam w tym jednak żadnego udziału. Śmierć Anthony’ego, jak i Halszki przyjęłam z goła inaczej. Oni zostali mi odebrani, młodzi, mający przed sobą całe życie... Myśl, że przeze mnie zginęli zadręczała mnie, bo to ja namówiłam Halszkę, żeby doniosła na Kamala i to ja go zdenerwowałam, przez co wyładował swoją złość na Anthonym.
Mam ich krew na rękach... – ta myśl nie dawała mi nigdy wytchnienia.
Osunęłam się na zimny parkiet, przyciskając swoją suknię ślubną do siebie.

***

Pozory. Od chwili śmierci mojej rodziny życie stało się grą pozorów. Cierpiałam w środku, nie pozwalając aby ból był widoczny na zewnątrz.
Następnego dnia, choć w duszy krzyczałam z rozpaczy, powitałam panią Olivię, nową gospodynię domu, oraz jej dzieci – dwunastoletniego Bruna, dziesięcioletnią Georgię i dwuletniego Nathana – z uśmiechem na twarzy. Całe potomstwo Olivii miało kasztanowe włosy, przez co pomyślałam, że musi to być silna cecha dziedziczna w rodzinie Leticii, skoro dziewczyna również była ruda.
Widziałam, że Victor na początku trzymał się na uboczu, jednak już po chwili zaczął rozmawiać z Brunonem. Przedstawiłam zasady, jakie miały obowiązywać w moim domu – to jest mówienie wyłącznie na głos – i zaprowadziłam ich na półpiętro, do pokoi. Na szczęście rezydencja była tak duża, że mogłam pozwolić sobie na umiejscowienie ich osobno. Olivia z Nathanem dostała pomieszczenie z widokiem na ogród, zaraz obok dziadka Halszki, któremu miała odtąd podawać leki, zapewnić opiekę i, w miarę możliwości kiedy mnie nie będzie, towarzystwo. Po przeciwnej stronie korytarza zamieszkała Georgia, a dalej Brunon. Dzieci patrzyły na mnie z nieuzasadnionym podziwem, które bardzo mnie peszyło.
– Czy macie jeszcze jakieś pytania? – zapytałam moich nowych lokatorów, wodząc spojrzeniem po ich uszczęśliwionych twarzach.
– Mogę iść z Blunonem pobawić się na dwól? – to Victor przełamał ciszę, wlepiając we mnie swoje wielkie oczy.
– Tak, jeśli Olivia nic nie ma przeciwko – odpowiedziałam kładąc mu rękę na kark. Wydawał się być zadowolony, przec co i ja rozluźniłam się skoro wszystko zaczęło przebiegać zgodnie z moim planem.
– Nie, panienko – odrzekła grzecznie kobieta, na co wzbiłam w nią surowy wzrok.
– O czym mówiłam? Nie jestem niczyją panienką, zwracamy się sobie wszyscy na ty – dla rozluźnienia atmosfery sztucznie się uśmiechnęłam, ale Olivia chyba tego nie zauważyła. – Może zabierzecie ze sobą Georgię? – zapytałam chłopców, kiedy już stali przy drzwiach tylnich.
Victor wykrzywił twarz, jakbym właśnie kazała mu wziąć ze sobą szczura. Bruno jednak wyciągnął rękę przed siebie i zawołał siostrę, na co ta podbiegła do nich i chwyciła jego dłoń, po czym razem wyszli przez drzwi.
– Czy dasz sobie radę? – zapytałam nową gospodynię domu patrząc na Nathana, który delikatnie klepał Fikusa, jednego z psów Victora. Drugi z nich, Chester, biegał już na zewnątrz razem z dziećmi. – W razie czego jestem w gabinecie, możesz zawsze wchodzić – zapewniłam.
– Oczywiście, panie... – zaczęła kobieta, widząc jednak mój ostry wzrok zmieniła wypowiedź. – Naturalnie. Muszę rozejrzeć sie po domu i zobaczyć ile osób mam zatrudnić. Chciałam jeszcze przy okazji podziękować – bąknęła z lekkim rumieńcem. – Nie musisz dawać mi wypłaty, wystarczy, że będziemy tu mieszkać, dzieci nie pracują, a ty przecież i tak dużo dla nas zrobiłaś. Poza tym płacisz przecież mojemu mężowi – była wyraźnie zawstydzona.
Mam tyle pieniędzy, że ja sama nie wiem co z nimi robić... – pomyślałam do siebie, jednak na głos skwitowałam jej nieśmiałą uwagę w inny sposób.
– Olivio, ty pracujesz więc dostajesz wynagrodzenie, nie ma innej opcji. A dziećmi się nie przejmuj, wystarczy, że polubią się z Victorem – zapewniłam, widząc jak kuzyn kopie piłkę, by podać ją nowemu koledze.


Kogo polubi Victor?
a)      Brunona;
b)      Georgię;
c)      Nathana;
d)     Brunona i Georgię.

piątek, 23 marca 2018

Eliza: Rozdział 11, część 2

Kiedy wstałam na szczęście nie było kobiet. Nie było też Kosmy, dlatego zdziwiłam się, że nie obudziłam się, skoro musieli przechodzić koło mnie, aby podejść do drzwi.
Rozważałam, czy wyjść na zewnątrz i coś zwiedzić, akurat kiedy wrócił.
Miał doskonały humor. Po jego złym nastroju z wczorajszego wieczoru nie było śladu. Ale dlaczego miałby się nie cieszyć? W końcu trójkącik marzył się każdemu facetowi, a on właśnie dostał go na tacy. Zaczerwieniłam się, kiedy pomyślałam co mogli robić w nocy, ale na szczęście tego nie spostrzegł.
– Jesteś – powiedział, zdziwiony moją obecnością.
– Jestem – powtórzyłam, ale żeby nie robił sobie jakiś złudzeń, dodałam: – Przecież się umówiliśmy, ja dotrzymam słowa. Liczę, że za dwa i pół tygodnia ty także dotrzymasz swojego. Potrzebuję dokumentów, biletu, pieniędzy…
– Dostaniesz wszystko – przyrzekł, puszczając mi oczko.
– Więc… Jaki jest plan? – zapytałam, wzruszając ramionami.
Kosma zmierzwił ręką włosy, uśmiechając się do mnie.
– Kupiłem nam bilety lotnicze do Dubaju.
Otworzyłam usta, po czym od razu je zamknęłam. Zawsze chciałam zwiedzić Zjednoczone Emiraty Arabskie i zobaczyć czy tam naprawdę ludzie traktują tygrysy jak koty i czy przepych jest taki wielki, jaki widziałam niejednokrotnie na zdjęciach.
– Dobra – zgodziłam się, na co Kosma wytrzeszczył oczy:
– Żadnego marudzenia? Dobrze się czujesz? Może Ci podam jakiś lek?
Znowu wzruszyłam ramionami, po czym poszłam się spakować. Akurat moje ubrania będą w sam raz – w krajach arabskich kobieta nie może za dużo pokazywać ciała.
Wolałam nie myśleć co będzie, jeśli lotnisko będzie obstawione i Kosma zostanie złapany. Najwyżej powiem, że dobrowolnie z nim wyjechałam, przecież jeśli o mnie chodzi to nie zrobiłam nic nielegalnego. W końcu jestem dorosła. Z drugiej strony skreślę się w oczach Tomka, jeśli miałabym uratować Kosmę. Tomasz dowie się o moich zeznaniach… Nie… Nie mogę kłamać i ryzykować szczęścia z Tomkiem o głupi pomysł Kosmy. Przecież tu chodzi o zmuszanie kogoś do wyjazdu wbrew jego woli. Plus, nie mogę zapominać jak mężczyzna traktował mnie na początku i jak mnie omamiał narkotykami. Nie, zdecydowanie oskarżę go o porwanie. Tylko czy ja dalej jestem porwana, czy może już nie…?
Podróż do Dubaju, wbrew moim najczarniejszym wizjom, przebiegł w nienagannym porządku. Co prawda, przez to, że Kosma miał podrobione paszporty, pani która sprawdzała dokumenty nie mogła stwierdzić mojej prawdziwej tożsamości, ale starałam się być tak smutna jak tylko mogłam. W końcu pewnie kamery na lotnisku są trzymane dłużej niż trzy tygodnie a tyle sobie daję na powrót do Polski. Musiałam wyglądać na nieszczęśliwą, jeżeli ktoś będzie drążył temat porwania.
W samolocie niewiele rozmawialiśmy, choć akurat nie słyszałam nigdzie języka polskiego więc mogliśmy sobie na to pozwolić. Kosma powiedział mi tylko, że postanowił dać mi więcej luzu, akurat jakbym w kraju arabskim chciała się od niego gdziekolwiek oddalać…
Usnęłam z głową przytuloną do okna. Kiedy się obudziłam dwie godziny później już lądowaliśmy. Było ciemno więc niewiele widziałam.
Kosma wypożyczył samochód. Był mały, czarny. Nie wiem co to za marka, ale w Europie nigdy takiego nie widziałam. Jechaliśmy do Dubaju jakąś godzinę po szerokich pasach. Właściwie, nigdy tylu nie widziałam. W jedną stronę, jadąc po głównej autostradzie doliczyłam się nawet do ośmiu pasów, nie licząc pasów do skrętów. Zrobiło to na mnie duże wrażenie i jeszcze nowe, wysokie budynki a wśród nich Burj Khalifa – największy budynek świata, koło którego przejechaliśmy, aby dotrzeć do naszego hotelu. To co widziałam jeszcze przed tą okazałą budowlą, to znany na całym świecie – Burj al Arab – siedmiogwiazdkowy hotel w kształcie żagla, niestety widziałam go tylko z oddali.
W hotelu mieliśmy wynajęty jeden ogromny apartament, ale z dwoma oddzielnymi pokojami. Był to najwspanialszy obiekt w jakimkolwiek byłam.
Następnego dnia rano udaliśmy się najpierw na śniadanie, a potem na półgodzinny spacer dookoła hotelu. Żeby przejść na drugą stronę ulicy trzeba było skorzystać z klimatyzowanej kładki nad ulicą. Z kolei poza nią było już potwornie gorąco. Żar z nieba, pomimo wczesnej godziny dziesiątej trzydzieści zwiastował upał nie do wytrzymania w południe.
Kupiliśmy z Kosmą kapelusze. Wydaje mi się, że była to nasza najlepsza inwestycja z podróży w Zjednoczonych Emiratach Arabskich.


Co będzie dalej?
A)    Kosma z Elizą się pokłócą;
B)    Elizie uda się porozmawiać z Tomkiem;
C)    Eliza spędzi z Kosmą dwa tygodnie w Dubaju;
D)    Eliza postanowi zostać w Dubaju z Kosmą.

piątek, 23 lutego 2018

Cichy Świat: Rozdział 35

NOWA RODZINA


Leticia podniosła się i szybko wyszła z pomieszczenia na zewnątrz. Ruszyłam za nią, czując napływ świeżego powietrza w swoich nozdrzach, jak tylko przeszłam przez rozdygotane drzwi.
– Bruno, chodź! – krzyknęła do jednego z chłopców pilnujących mojego samochodu i machnęła na niego ręką. Nastolatek ruszył biegiem w naszym kierunku. Poznałam go, to właśnie on wytłumaczył mi, gdzie mieszka dziewczyna.
Przeszliśmy chwilę wzdłuż ulicy a następnie weszliśmy do kolejnej ciemnej izby, gdzie na wielkim palenisku znajdował się gar. Stała przy nim szczupła brunetka, która mieszała wielką łyżką zupę. Czułam się jakbym przeniosła się w czasie do początków XX wieku, na wieś. 
– Dzień dobry – rzekłam na przywitanie, wchodząc do gorącej kuchni.
Kobieta schyliła służalczo głowę, mrucząc pod nosem powitanie. Była ewidentnie zmieszana tym najściem i zdziwiona tym, że mówię na głos.
– Proszę mi wybaczyć, ale dowiedziałam się, że szuka pani pracy – powiedziałam niemal od razu tłumacząc swoje niespodziewane wtargnięcie. 
– Zgadza się, szuka – odpowiedział za kobietę wielki mężczyzna, który właśnie wyszedł z pomieszczenia znajdującego się po prawej stronie od wejścia. Miał około czterdzieści lat, wielki brzuch i bujną rudą brodą. Spojrzałam na pana Stanisława, którego czerwona twarz wyrażała niechęć. Idąc naprzód lekko się zataczał, jak gdyby skończył właśnie pić. Kobieta wlepiła we mnie swój pytający wzrok.
– To świetnie się składa – uśmiechnęłam się do ciotki Leticii, by dodać jej odwagi. – Chciałabym zatrudnić panią jako pomoc w swoim domu – rzekłam, próbując nie okazać tego jak bardzo jest mi duszno w izbie. Pragnęłam jak najszybciej wydostać się z parnego pokoju.
– Och, to bardzo miło z pani strony – oznajmiła nieśmiało. – A ile godzin dziennie? Bo mam małe dziecko i nie mogę je na długo zostawić… – zaczęła dopytywać, ale jej mąż nie dał jej dokończyć.
– Idź, zostawisz bachora Leticii do pilnowania – stwierdził uradowany, siadając na plastikowe krzesło z głośnym stęknięciem. Oczami wyobraźni już widziałam jak stary mebel załamuje się pod jego ciężarem, przez co mężczyzna spada na ziemię.
Rudowłosa spojrzała z obrzydzeniem na swojego wujka.
– Nie ma mowy! – krzyknęła, rumieniąc się na twarzy. – Jeszcze tego brakowało, żebym kolejne twoje dziecko niańczyła! Było ich tyle nie robić! – wrzasnęła, na co mężczyzna uderzył mocno pięścią w stół. Chyba chciał wstać i odpyskować nastolatce, ale zanim rozpętała się karczemna awantura pospieszyłam szybko z wyjaśnieniami.
– Nie ma takiej potrzeby, spokojnie – wysunęłam się naprzód by stanąć między brodaczem a Leticią. Mimowolnie przypomniała mi się podobna scena, kiedy Anthony odgrodził mnie i dziewczynę w Lagunie. Rudowłosa była tak samo wściekła, lecz wtedy to ja byłam źrodłem kłótni. A dokładniej rzec ujmując – fakt, że umiałam mówić.
Wbiłam paznokcie w zaciśnięte pięści by powrócić do teraźniejszości i skupić się na obecnym problemie.
– Nie dołożymy Leticii kolejnego obowiązku bo przeprowadzi się pani z dziećmi do mnie. Zapomniałam wspomnieć, że to posada z zamieszkaniem – rzekłam, na co niemal wszyscy w pomieszczeniu zamarli. Tylko Bruno rozradował się a jego chłopięce oczy błysnęły, jakby nagle dostrzegł niespodziewaną szansę na wyrwanie się z tego miejsca.
– One też będą tam pracować? – zadała pytanie cicho ciotka Leticii, nie rozumiejąc co jej pociechy miałyby z nią tam robić.
No właśnie, co? – zapytałam siebie, próbując na prędko wymyślić powód zabrania dzieci ze sobą. Nie mogłam przecież ich tu zostawić z ojcem, musiałam wyciągnąć ich z rąk pijaka.
Czy jednak nie chciałam dać Victorowi nową rodzinę? Szansa stała właśnie przede mną otworem, byle tylko kuzyn nie był na mnie o to zły...
– Nie – odpowiedziałam jej po chwili namysłu. – Oczywiście mogą pani pomagać, ale tylko w takim zakresie, jaki uzna pani za słuszne. Muszą się również uczyć – odrzekłam, całkiem zadowolona ze swojego planu, który coraz wyraźniej klarował mi się w głowie.
Upewnię się, że mój kuzyn pokocha nową rodzinę i ruszy dalej po tragedii jaka go spotkała, przepiszę fimę na niego, a formalną opiekę powierzę kobiecie stojącej przede mną. Zemszczę się. A następnie dokończę to, w czym przeszkodził mi Pierre. Samobójstwo jawiło mi się jak wyzwolenie.
– Co one miałyby tam robić? – zapytała niedowierzająco kobieta, kiwając śmiesznie głową, jakby przestraszona moim pomysłem. – Będą pracować, jak ja.
– Niekoniecznie – zaprzeczyłam. Teraz zaczynało się najtrudniejsze dla mnie zadanie. Uświadomienie obecnym, że od teraz kobieta i jej dzieci całkowicie zmienią swoje życie. – Dostanie pani takie wynagrodzenie, że nie będę musiały. Będą dotrzymywały towarzystwa mojemu bratu, Victorowi i to wystarczy – widziałam jak Leticia marszczy twarz. Zapewne wiedziała, jak ma na imię brat Anthony’ego. – Dostanie pani ludzi do pomocy, lecz to pani zadanie żeby ich zatrudnić. Kogoś do sprzątania, gotowania i tak dalej, ja się na tym kompletnie nie znam. Ale proszę się tym na razie nie przejmować, na miejscu dopracujemy szczegóły.
Gdy tylko skończyłam wyjaśnienia, mąż kobiety zaprotestował wstając z krzesła i wymachując dziko rękami.
– Zaraz, zaraz! – warknął. – Myślisz, że wyrażę na to zgodę? A kto będzie tutaj na miejscu żeby mi gotować i sprzątać?! – ryknął zacięcie, po czym plunął niedbale śliną na ziemię.
Spojrzałam w jego wściekłe, brązowe oczy. Poczułam lekki strach, który próbowałam mu nie pokazać, pomieszany z pogardą. Temu mężczyźnie nie jest żal, że zabieram mu rodzinę, on nie chce stracić służących...
– Z panem porozmawiam za chwilę – stwierdziłam przymrużając lekko oczy. – Bo do pana mam również sprawę. Ale teraz proszę nie przeszkadzać – miałam nadzieję, że zabrzmiałam ostro. Ze złości jego czerwona twarz nabrała odcień purpury, ale dostosował się do mojej prośby i zamilkł.
– A więc wracając do tematu będzie pani główną gospodynią domu. Jest to wielka rezydencja więc spadnie na panią sporo obowiązków – kontynuowałam. – Mnie często nie będzie, więc będzie pani zarządzać całym budynkiem. Oczywiście, ochrona będzie na miejscu całą dobę. Nikt nie wejdzie niepostrzeżony – dodałam, rzucając wyzywającym wzrokiem w kierunku wujka Leticii, aby zdawał sobie sprawę, że nie będzie mógł odwiedzać żony i dzieci.
– Chwileczkę – burknął groźnie podchodząc w moim kierunku i wskazując na mnie palcem. – Myślisz laleczko, że się na to zgodzę?
Kiedyś skuliłabym się w sobie na takie słowa i nic nie odrzekła, bo nie potrafiłabym walczyć o tę rodzinę. Teraz czułam w sobie siłę i złość, która niemal ze mnie emanowała. Musiałam wykazać się powściągłością by nie prychnąć mu w twarz bądź nie spoliczkować. Nie byłam głupią nastolatką za jaką mnie brał. Nie miał też prawa tak się do mnie odnosić i postanowiłam go o tym uświadomić.
– Po pierwsze, nie jesteśmy na ty, więc proszę się pilnować i odzywać z szacunkiem, bo zapewne nie zdaje sobie pan sprawy z kim pan rozmawia – ostrzegłam go, czując swoje dudniejące z emocji serce. – Po drugie, myślę, że tak, zgodzi się pan na to, bo będzie pan dostawał ode mnie co miesiąc pieniądze, z tytułu tego, że pozbawiłam pana towarzystwa żony i dzieci. Będzie to suma dostatnia na to, aby pan mógł przeżyć bez pracy. Ale więcej panu nie dam, więc z góry zaznaczam, że jakiekolwiek szantaże, nachodzenie w domu nie wchodzą w grę bo proszę mi wierzyć, zostanie pan z niczym – zrobiłam na moment krótką pauzę, żeby mężczyzna przetrawił moje słowa. – Od dzisiaj pańska żona i dzieci stają się częścią mojej rodziny. Jeśli tylko kamera zarejestruje pana w pobliżu naszej rezydencji nie ręczę za konsekwencje, bo mam znajomości, których w razie potrzeby nie zawaham się użyć. Oczywiście, jeśli żona lub dzieci przyjdą do pana same, tutaj, wtedy nie będę mieć nic przeciwko temu, w przeciwnym razie proszę pamiętać, uprzedzałam – dokończyłam, bacznie obserwując zmianę na twarzy mężczyzny. Gdy tylko wspomniałam mu o pieniądzach jego oczy straciły na zawziętości i nawet finalna wypowiedź nie wywołała kolejnego napadu wrogości.
– Nie sądziłem, że dożyję dnia, w którym jakaś małolata będzie mi grozić – rzekł śmiejąc się pod nosem. – Ale skoro zapłacisz mi na tyle, że nie będę musiał pracować, to jestem za. Zabieraj tę babę i bachory z mojego domu – mruknął znowu zasiadając na trzeszczącym krześle.
Westchnęłam z rozdrażnieniem, rzucając mężczyźnie ostrzegawcze spojrzenie.
– A ja nie sądziłam, że będę musiała się powtarzać – odpowiedziałam ze stoickim spokojem, choć w duszy gotowałam się ze złości. –  Nie życzę sobie jakichkolwiek obelg. Czy chce pan coś jeszcze dodać? – zapytałam pogardliwie.
– Nie, panienko – odpowiedział już w miarę uprzejmym tonem.
Masz szczęście – rzekłam do siebie, zastanawiając się dlaczego tacy ludzie jak on chodzą cali i zdrowi po naszym świecie. Dobre osoby umierają każdego dnia, moja rodzina została potraktowała z brutalnością, podczas gdy on jest, wegetuje dalej...
– Zatem żegnam państwa. Proszę się spakować, jutro przyjedzie po panią i dzieci samochód – oznajmiłam i szybko odwróciłam się by wyjść przed izbę.
Z chwilą gdy świeże powietrze owiało moją twarz, do moich nozdrzy doleciał zapach świński. Skrzywiłam się czując odór zwierzęcy i rozejrzałam na boki żeby zobaczyć świnie. Odeszłam kawałek w stronę pobliskiej szopy. Nigdy nie widziałam zwierząt hodowlanych na żywo i byłam, muszę przyznać, pierwszy raz od dłuższego czasu zaintrygowana.
– Nie jesteś taka, jak myślałam – rzekła Leticia, która musiała opuścić dom wujostwa zaraz po mnie. Wzdrygnęłam się, słysząc jej głos. Stanęłam w miejscu i odwróciłam się by stanąć do niej przodem. Nie mogłam szukać dalej świń, bo jakby to wyglądało...
– Czyli jaka? – zapytałam przekrzywiając z zaciekawieniem głowę.
– Niezaradna, niesamodzielna. Sądziłam że... Nieważne... – machnęła ręką jakby rzeczywiście było to już nieważne. – Jesteś inna. W innych okolicznościach mogłabym cię nawet polubić – stwierdziła krzywo się uśmiechając.
Rzuciłam na nią przelotne spojrzenie i westchnęłam przeciągle. Miała rację. Może w innych okolicznościach nie odkryłabym nawet tego, że kocham Anthony’ego, a on byłby dalej z nią. Może byśmy się przyjaźniły. Może nie byłoby przyjęcia zaręczynowego, a wszyscy moi bliscy dalej byliby przy mnie.
– Do zobaczenia – rzuciłam na pożegnanie, czując jakby coś ciężkiego usiadło mi właśnie na sercu. Ruszyłam do samochodu, którego pilnowali w dalszym ciągu chłopcy. Włożyłam ręce do kieszeni, gdzie miałam już przygotowane dla nich banknoty.


Co będzie dalej?
a)      Ariana przypomni sobie swój „sen proroczy”;
b)      Victor zachoruje;
c)      Leticia odmówi przyjęcia Laguny.